Cóż, nie można się oszukiwać, na muzyce poważnej większość ludzi (w tym
ja) nie zna się wcale, więc nie będę opisywał wszelkich technik i metod,
którymi posługiwał się Joaquin Rodrigo. Dla mnie jest po prostu
bohaterem. Trzeba być bohaterem, by będąc niewidomym tworzyć tak
skomplikowaną muzykę. Jest w dodatku moim przyjacielem, gdyż jedynie
niewielka część muzyki z całej przestrzeni i czasu potrafi w takim
stopniu wpłynąć na ludzkie emocje. Zamiast czytać (pisać), znacznie
lepiej po prostu posłuchać.
wtorek, 18 marca 2014
niedziela, 9 marca 2014
Kometa znad Wisły
Cóż, tu nie ma co pisać, tu trzeba słuchać (i oglądać):
"Leżysz na plaży w San Pedro...". Wykonanie lepsze niż Madonny, co do tego nie ma wątpliwości, a to nie jest jeszcze szczyt możliwości polskiego Don Juana. Oto bowiem kolejny przebój:
Trzeba mu oddać, jednym wersem którejkolwiek piosenki kasuje Biebera, polskiego Biebera (sorry, nazwisko wypadło mi z pamięci) i całą zgraję pozostałych ludków.
Jego karierę najlepiej opisać hasłowo:
Dyskoteka Pana Jacka (Jacka Cygana, tego od pana Rynkowskiego i Kombi),
duety z Edytą Górniak,
romans z Edytą Górniak,
Młode Wilki 1/2...
Miał rozmach, należy przyznać. I nagle, w 1997 płyta z Grzegorzem Ciechowskim (tym Grzegorzem Ciechowskim?!) Uff, na szczęście jednorazowy wyskok, później (już w nowym tysiącleciu) współpraca z Olą z Klanu i szturm na Eurowizję (nieudany, imho większe szanse miał za młodu). Podobno cały czas w biznesie. Podobno nagrywa. Podobno po kolejnej metamorfozie. Krzysztof Antkowiak. Czekamy!
środa, 5 marca 2014
(Nie)wolny
Wyobraźcie sobie taką sytuację: Leonardo DiCaprio ma zadatki na doskonałego aktora, ale ciągle kłóci się z resztą ekipy, przerywa ujęcia i zamyka na długie godziny w przyczepie. Do tego, w wywiadach odpowiada na pytania jednym słowem i nie pozwala robić sobie zdjęć. Albo: Robert Lewandowski ma doskonałą szansę na zdobycie bramki, i cały stadion patrzy jak ładuje piłkę w trybuny, bo nie ma na sobie koszulki Borussi.
Cóż, informacja dla was jest taka, że w muzyce również są tacy ludzie. Na przykład The Vines, zespół, który tak właściwie w pewnym momencie stał się solowym projektem Craiga Nichollsa. Wypłynęli na fali New Rock Revolution intensywnym hitem Get Free. Grupa wyróżniała się na tle innych nawiązaniami do psychodelii i noise'u co w połączeniu z niezłymi melodiami doprowadziło do sprzedania Highly Evoloved w liczbie prawie 2 mln egzemplarzy.
Ich druga płyta Winning Days nie została już tak pozytywnie przyjęta. Do tego doszły coraz większe kłótnie wewnątrz zespołu i gorsze koncerty. Na jednym z nich Nicholls zaatakował fotoreportera za to, że naruszył jego przestrzeń, sponiewierał także widownie za rzekome rozmowy w trakcie koncertu (grali w Japonii, a tamtejsza publika ma opinię bardzo ułożonej i uprzejmej). Po tych zdarzeniach z zespołu odszedł współzałożyciel, basista Patrick Matthews.
Nichollsowi postawione zostały zarzuty. Po konsultacji psychologicznej okazało się, że cierpi na zespół Aspergera. Sprawdziliście już, co to oznacza? Dla Craiga, że wybrał dla siebie najgorszy możliwy zawód. Podróże, zmiany miejsc, skupienie uwagi mediów i publiczności to dokładnie to, z czym chorzy powinni być ostrożni. A co zrobił? Nie zrezygnował z gry, tylko z marihuany i fast-foodów (one także są szkodliwe).
Inna sprawa, że szum wokół zespołu sukcesywnie cichł. Kolejne słabe płyty, i wymuszone długie przerwy na kuracje wokalisty sprawiły, że obecnie mało kto o nich pamięta. Kiedy ostatnio było o nich głośno? 2012 rok, styczeń: z zespołu odchodzą kolejni członkowie, ze "starych wyjadaczy" zostaje tylko Nicholls. Listopad: Frontman zostaje oskarżony o napaść na swoich rodziców i policjantów, którzy przybyli na interwencję. Podobno nagrywa nową płytę z szyldem The Vines, trzymajmy kciuki, by w końcu się udało, bo dobrych dwuminutówek nigdy za wiele.
czwartek, 13 lutego 2014
Boysbandy istnieją od... zawsze?
Trzeba przyznać, nawet jak na dzisiejsze boysbandowe standardy mieli rozmach. Po co wydawać płyty pod jednym szyldem? Na przestrzeni kilku lat namnożyło się kilka tworów, wydających muzykę w tym samym czasie: Frankie Valli, Valli Boys, The Wonder Who? i jeszcze kilka innych. Głównym projektem pozostała jednak grupa The Four Seasons. Przez 50 lat przez grupę przewinęło się (według Wikipedii) około 40 osób!
Kluczową postacią pozostawał Frankie Valli, dziecko włoskich emigrantów, a znakiem rozpoznawczym zespołu (zespołów?) na zawsze miały pozostać jego partie wokalne, śpiewane falsetem.
Największa popularność The Four Seasons przypada na pierwszą połowę lat 60., niektórzy nazywają ją nawet "najpopularniejszym zespołem przed Beatlesami". Dzisiaj ludzie przypominają sobie o jej istnieniu w dość przpadkowy sposób, jak na przykład parę lat temu przy okazji remixu jednego z najpopularniejszych utworów.
środa, 12 lutego 2014
Cofamy, cofamy
Ameryki nie odkryję.
_____________
Dzisiaj cofniemy się tylko kawałeczek, zaraz za winkiel, bo do 2013. Przydarzyła mi się dłuższa przerwa po pierwszych trzech wpisach, z wielu powodów, dlatego nadrabiam zaległości. Tym razem jak najbardziej na czasie, bez niespodzianek, lista najlepszych albumów z 2013. Czemu oni właśnie? Bo...
* nie tylko starociami ze strychu dziadka żyje człowiek* są najlepsi.
* skoro każdy może oceniać, to czemu nie ja?
Bo tak, po prostu:
11. James Blake - Overgrown
10. Black Rebel Motorcycle Club - Specter at the Feast
9. Nick Cave and the Bad Seeds - Push the Sky Away
8. UL/KR - Ament
7. The House of Love - She Paints Words in Red
6. Dustin Kensrue - The Water & the Blood
5. My Bloody Valentine - m b v
4. Surfer Blood - Pythons
3. Vampire Weekend - Modern Vampires of the City
2. Arcade Fire - Reflektor
1. London Grammar - London Grammar
Subskrybuj:
Posty (Atom)



